1206 skrytek w jedną dobę. To nie Prima Aprilis. Brzmi nierealnie? 🚀

Autor: waneta1
POCZĄTEK

Jak wszystkim dobrze wiadomo, każda wyprawa rozpoczyna się od zebrania drużyny, czyli od ustalenia składu samochodu. Gdy już to nastąpi, wtedy wszystkie dojrzewające plany błyskawicznie zmieniają status na „w trakcie realizacji”.
I mniej więcej taki właśnie był początek naszej przygody we Francji. Polsko-czeska drużyna w składzie D0MINIKA, hrebik.hribe, pantadeusz, sernikk i waneta1 rozpoczęła przygotowania do wyjazdu na power traila.

Dlaczego właśnie do Francji, bliżej się nie dało? Otóż nie bardzo. To jedyne takie miejsce w Europie, gdzie istnieje trail spełniający wszystkie istotne warunki:

• keszy jest w bród (ponad 1500 sztuk)
• w dużym zagęszczeniu (rozmieszczone może nie co 161 m, ale w większości do 300 m)
• przeważnie są na miejscu (nam przydarzyło się ok. 50 DNFów)
• w większości dostępne z samochodu (a w 95% parkowanie jest niekłopotliwe i legalne)

Zresztą wystarczy spojrzeć na mapę. Na południe od Poitiers rozsiadł się wielki kraken z rozedrganymi zagadkowo-leterboxowymi mackami. To właśnie nasz trail.
Jego trasa przebiega przez nienachalne z urody krajobrazy Nowej Akwitanii. Buraczano-kapuściane pola z rzadka urozmaicone są dębowymi zagajnikami i kolczastymi zaroślami. Zarośla te z pewnością wzbudziłyby zachwyt w każdym producencie koron cierniowych, ale nam dały solidnie popalić. Co jakiś czas z pola wynurza się mała kamienna wioska z labiryntem ciasnych uliczek. Co ciekawe w wioskach tych nie spotkaliśmy żywego ducha, co z jednej strony było zadziwiające, ale gdy walczyliśmy o keszosekundy, to okazało się zbawienne.

PRÓBA GENERALNA

Po dotarciu do Paryża wypożyczyliśmy Toyotę Proace z jednymi rozsuwanymi drzwiami i ruszyliśmy w kierunku południowo-zachodnim. Po drodze trafił nam się niespodziewany FTF, który był trochę jak dobra wróżba i wszystkich wprawił w świetny nastrój.
Cały następny dzień spędziliśmy na opracowywaniu procedur, sprawdzaniu ich w praktyce i testowaniu samochodu. Szybko wyszło na jaw, że drzwi nie da się zablokować w pozycji otwartej. Konieczna była wizyta w markecie i użycie supermocy „Polak potrafi”. Czech zresztą też. Pozostałe niezbędne (a niemożliwe do przewiezienia w bagażu podręcznym) elementy wyposażenia samochodu wypożyczyliśmy na naszym noclegu. Kosz na pranie stał się koszem piknikowym, a deska do krojenia — podkładką pod logbooki.
Na koniec dnia mieliśmy ustalony podział ról i wszystkie warianty zachowań. Do kesza zawsze miała wybiegać trójka, ale jej skład zależał od okoliczności. Wybrana została dwójka kierowców i dwójka nawigatorów. Nawigatorzy oprócz dyrygowania kierowcami mieli za zadanie logować nas wszystkich na raz dzięki specjalnej aplikacji i kontrolować liczbę znalezień. Poza tym wszyscy mieli orientować się w kanapkowych upodobaniach i wiedzieć kto nie je masła, a komu podać wariant kurczakowy.

POWER TRAIL

Data – 26 października — nie została wybrana przypadkowo. Nasza doba miała trwać 25 godzin i w sumie każdy był ciekawy, czy wytrzyma tyle godzin funkcjonować na najwyższych obrotach, czy damy radę jako grupa i na jakiej liczbie znalezień zatrzyma się licznik, gdy wybije północ. Idealna okazja, aby słynne słowa „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” wypróbować w praktyce.

Pierwszego kesza zalogowaliśmy o 00:02 i… ruszyliśmy. Już w ciągu pierwszej godziny zorientowaliśmy się, że istnieją cztery główne sposoby ukrycia:

• w znaku drogowym,
• przy słupie,
• przy słupie w kolczastym krzaku,
• w kolczastych zaroślach bez słupa.

Dwa ostatnie typy zdecydowanie nie zasłużyły na atrybut „szybki kesz”. Pojemnikami najwyżej jakości były PETki, najgorszymi — szklane pojemniczki, z których strzykawką pobierało się antybiotyki do zastrzyków. Wiem, co piszę, bo za dzieciaka bardzo dobrze się takim (pomiędzy histerycznymi wrzaskami) przyjrzałam. Podsumowując – bez pęsety ani rusz.

Często trafialiśmy na przemoczone logbooki i takie podmienialiśmy. Zabieraliśmy także zdublowane pojemniki i wymienialiśmy uszkodzone. Nie zrobiliśmy za to ani jednej reaktywacji, bo była to jedna z żelaznych zasad, które ustaliliśmy na samym początku — logujemy tylko to, co znaleźliśmy.

Od północy utrzymywaliśmy tempo 53 kesz/h, a pierwsze 600 skrzynek minęło nie wiadomo kiedy. W dzień keszogodzina trochę spadła, a my zyskaliśmy nieco czasu na zaklinanie tutejszych policjantów, by zajęli się robotą papierkową, a nie nakładaniem mandatów na keszerów jeżdżących bez pasów i z przywiązanymi drzwiami… Najwyraźniej szczęście było po naszej stronie, a policja wzięła przykład z deszczu, czyli trzymała się od nas z daleka.
Sześć godzin przed końcem pojawiła się refleksja „rany, jeszcze sześć godzin”. Po pięciu — jakże oryginalnie – „jeszcze tylko pięć”. Sytuacja uległa zmianie, gdy okazało się, że liczba 1200 rzeczywiście jest w naszym zasięgu. I to był najlepszy czas, gdy przez ostatnie półtorej godziny działaliśmy jak idealnie wyregulowana maszyna, a tempo wzrosło do 54 kesz/h. O godzinie 23:59 zalogowaliśmy ostatnią skrzynkę nr 1206.

Gdy przyszedł czas na podsumowania, to wyliczyliśmy, że nasza średnia prędkość wyniosła 48 kesz/h. I to było największe zaskoczenie, gdyż kilkudziesięciu keszy nie znaleźliśmy, przy kilkudziesięciu straciliśmy sporo czasu zanim znaleźliśmy, mieliśmy kilka dłuższych przejazdów, a i tak jedna skrzynka zajmowała średnio tylko 75 sekund.


KONIEC HISTORII

Oczywiście następnego dnia odsypialiśmy, ale ile można spać, gdy tyle niezebranych keszy dokoła. No to pojechaliśmy i zbieraliśmy. A wieczorem wylądowaliśmy w Poitiers, aby wreszcie zjeść coś jak ludzie. Bo wbrew pozorom w tutejszych wioskach nie ma kafejek z uśmiechniętym René Artois, w których można delektować się domową francuską kuchnią. W większych miejscowościach i owszem są, ale do 19 zamknięte na patyk.

Obkeszowani, najedzeni usiedliśmy wieczorem, aby podsumować nasz wyjazd. I najfajniejsze jest to, że nikt nie powiedział „nigdy więcej w życiu!”. A kilka dni temu pantadeusz napisał, że w południowo-zachodniej Australii można by…